poniedziałek, 16 marca 2026

Rozdział 1: Śnieg, Gips i Dźwięki Fortepianu

 

Ciepłe, zaskakująco szorstkie dłonie lekarza – starszego alfy o posturze niedźwiedzia – powoli zsunęły się ze smukłej łydki Christiana. Mężczyzna ściągnął umazane gipsem rękawiczki, z ciężkim westchnieniem opadając na stołek obok kozetki. W powietrzu unosił się sterylny, drażniący nozdrza zapach środków odkażających, który skutecznie tłumił naturalne feromony w niewielkim gabinecie.

– Niestety. Przykro mi, że to już na początku wyjazdu – mruknął lekarz, posyłając zrezygnowanemu studentowi przepraszające spojrzenie. Wielka dłoń opadła na drobne ramię chłopaka, poklepując je pocieszająco. – Ktoś fatalnie dopasował panu buty do tych szczuplutkich kostek. Za dwa dni przyjdzie orteza, ale do tego czasu poleży pan z gipsem. Wynajęliście pokoje w hotelu na stoku, prawda? Ah, tam jest pięknie. Koledzy przyniosą jedzenie do łóżka, a jak będzie orteza, to i na basen, i do jacuzzi można wejść. Narty... narty za rok.

Christian nie miał siły nawet prychnąć. Kiedy drzwi gabinetu uchyliły się, wpuszczając do środka ratownika i Irisa, jego oklapnięte, królicze uszy drgnęły żałośnie. Złote plany na ten wyjazd właśnie kruszyły się szybciej niż schnący na jego nodze gips.

– Aw, Chris, nie płacz! – Iris, w przeciwieństwie do swojego zdołowanego przyjaciela, tryskał nieprzyzwoicie dobrym humorem. Młody kocur pomógł mu zsunąć się na wózek inwalidzki, chichocząc cicho. – To tylko skręcenie. Zanim się obejrzysz, będziesz znowu z nami szalał na parkiecie. A teraz sobie odpoczniesz, przybierzesz trochę ciałka... O! A nie, same kości.

Kiedy wrócili do hotelu, luksusowy, skąpany w drewnie i kamieniu ośrodek świecił pustkami. Większość uczelnianej elity szusowała właśnie po ośnieżonych stokach. Wyjazd przed rozdaniem dyplomów miał być czasem wolności, pokazania się, może nawet znalezienia kogoś... starszego. Kogoś wysportowanego, doświadczonego, kto z odpowiednią klasą pozbawiłby małą omegę tego uciążliwego dziewictwa, które Christian chronił z chorobliwą wręcz dumą.

Zamiast tego, odniesiony z całą pompą do pokoju, obdarowany stertą czekoladek i pilotem do telewizora, został zupełnie sam.

Opadł na miękkie poduszki z bezradnym, chłopięcym sapnięciem. Ubrany w krótkie, czarne szorty, które odsłaniały jego fenomenalnie długie nogi, i pastelowo niebieską koszulkę – perfidnie krótko ściętą, tak by uwydatniać srebrny kolczyk w płaskim brzuchu – wyglądał jak definicja zmarnowanego potencjału. Miał błyszczeć. Miał kusić. Tymczasem jedyną perspektywą na najbliższe kilkanaście dni było bezczynne obrastanie w tłuszcz pod grubą kołdrą.


Hotel dzielił się na dwa światy. Z jednej strony panoszyła się studencka elita – przyszli naukowcy, z którymi przyjechała profesura, dająca im jasny przekaz: zero wtrącania się, dopóki zachowują się jak ludzie, a nie stado pijanych pawianów. Po drugiej stronie budynku stacjonowała jednak zupełnie inna grupa. Przypominali raczej zorganizowany gang niż scholastyczną śmietankę. Tamtejsze omegi nie miały w sobie nic z płochliwych ofiar, a alfy dalekie były od wizerunku potulnych misiów.

Wśród nich, jak niemy bóg, brylował Alexander.

Był rosły – choć bez przesadnej, karykaturalnej masy – perfekcyjnie wyrzeźbiony i irytująco milczący. Gdy już otwierał usta, całe to rozwrzeszczane towarzystwo milkło. Reprezentował wymierający gatunek białego tygrysa, ale to nie rzadkość genów budziła szacunek. To aura absolutnego opanowania. Nie było w szkole omegi, która nie traciłaby tchu na widok jego wytatuowanego ciała, morskich, mętnych oczu i przydługich, białych kosmyków opadających zawadiacko na czoło.

Tyle że nikt nie wiedział, dlaczego król kampusu wciąż pozostawał sam. Nikt nie wiedział, że dla tego uosobienia samczej dominacji nie liczyły się imprezy ani tani poklask. Kiedy inni upijali się w barach, Alexander znikał. Wymykał się nocami do opustoszałych sal balowych, siadał przy fortepianie i grał. Odziany w zwykłe spodnie od piżamy i kolorowe skarpetki – dziwactwo, którego nikt by nie zrozumiał – zatracał się w muzyce, kojąc wibrujące pod skórą drapieżne instynkty niskim, wibrującym mruczeniem.


Pierwsze trzy dni izolacji Christiana minęły zaskakująco znośnie. Czasem wpadały inne omegi, by pomalować mu gips we wzorki, a wykładowcy z oddali obserwowali z pełnym podziwem, jak to niepozorne maleństwo samo potrafi z zimną krwią wbić sobie w brzuch igłę z zastrzykiem przeciwzakrzepowym.

A jednak, gdy tylko czwartego dnia odzyskał wolność – gips zamieniono na lekką, wiązaną ortezę – poczuł duszność hotelowego pokoju. Znów został sam. Snuł się szerokimi korytarzami, a miękki dywan tłumił jego kroki. Rozmyślał o tych wszystkich szczeniackich alfach, które traktowały go jak zabawkę. Byli żałośni. Ich jedynym osiągnięciem były tanie żarty o króliczym libido i wulgarne spojrzenia rzucane na jego okrągły tyłek. Christian nie pozostawał dłużny – pyskował tak ostro, że ostatecznie trzymał się wyłącznie z wolnymi omegami.

Dreptając bez celu, nagle strzygł długim, miękkim uchem. Od trzech dni, zawsze gdy zapadała cisza, słyszał ten sam dźwięk. Ktoś grał. Fortepianowe pasaże płynęły przez wentylację, głębokie, melancholijne, przerywane cichym pomrukiem.

Szatyn w za dużej, zdecydowanie męskiej bluzie i przykrótkich, różowych szortach zestawionych z wełnianymi podkolanówkami, wyglądał teraz do bólu króliczo. Poruszał się jednak absolutnie bezszelestnie. Ominął kilka zakrętów, aż stanął przed majestatycznymi, dębowymi drzwiami sali bankietowej. Jedno skrzydło było delikatnie uchylone.

Zza szpary widział go już od dwóch wieczorów. Obserwował jego schemat, uczył się jego rutyny. Podziwiał półnagiego grajka, lunatykującego w piżamie i idiotycznych skarpetkach, które tak drastycznie kłóciły się z brutalną rzeźbą jego wytatuowanych pleców.

Tego wieczoru za oknami szalała śnieżyca, a mróz malował wzory na szybach. Sala balowa tonęła w głębokim półmroku, rozświetlana jedynie leniwie trzaskającym ogniem w kominku przy strefie VIP. Alexander nie otworzył dziś okna. Mroźne powietrze nie rozbiło zapachów.

Biały tygrys miał słuch doskonały, absolutny wręcz, ale dopóki nikt nie wchodził mu w paradę, ignorował intruzów. Tego wieczoru jednak muzyka nagle zaczęła zmieniać ton. Alexander wciągał powietrze powoli, głęboko, czując, jak jego mięśnie mimowolnie się napinają. Zapach uderzył w niego z pełną siłą. Wcześniej był stłumiony szpitalną chemią, maściami i żelem odkażającym. Teraz uderzał czystą, niczym nieskażoną biologią.

Pachniał przeraźliwie słodko. Pączkiem z pudrem, ciepłym mlekiem i tą specyficzną, niewinną nutą omegi, która nigdy jeszcze nie zaznała alfy. Zapach był tak gęsty, że dłonie tygrysa na klawiaturze aż zadrżały z instynktownej ekscytacji.

Alexander przestał grać. Cisza, która zapadła w ogromnej sali, była ciężka jak ołów. Mężczyzna nie odwrócił głowy, ale jego głos – niski, nasycony wibrującym mruczeniem – przeciął powietrze.

– Możesz podejść bliżej, jeśli chcesz.

Christian wciągnął głośno powietrze. Serce uderzyło mu o żebra, a pierwszy instynkt nakazywał ucieczkę. Zamiast tego, jego drobna dłoń pchnęła ciężkie skrzydło drzwi. Powoli wszedł w ciepły krąg światła rzucanego przez kominek.

Biały tygrys siedział zrelaksowany, ukazując pełnię swojej drapieżnej fizjonomii. Christian strzepnął puchatą kitką. Miodowe loki opadały na jego piegowatą, zaczerwienioną twarz, a wielkie, bursztynowe oczy wpatrywały się w starszego samca. Przełknął pospiesznie ostatni kęs pączka, którym raczył się na kolację, i podkuśtykał bliżej, ostrożnie przysiadając na poręczy jednego z potężnych foteli. Chora noga w ortezie zwisła swobodnie w powietrzu.

– Wybacz, że ci przeszkodziłem – mruknął cicho królik, usilnie próbując opanować drżenie głosu. Zapach tygrysa – ostra, świdrująca kora drzewa sandałowego zmieszana z rozgrzaną, wilgotną ziemią – uderzał prosto do głowy, otumaniając zmysły. – Nie mogłem się powstrzymać, kiedy usłyszałem, jak grasz...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Rozdział 3: Satynowa Pościel i Słodkie Oszustwo

Następnego wieczoru echa studenckich śmiechów znów ucichły — cała hołota wybyła na oddalone o kilkadziesiąt kilometrów lodowisko. Christian ...