środa, 18 marca 2026

Rozdział 3: Satynowa Pościel i Słodkie Oszustwo

Następnego wieczoru echa studenckich śmiechów znów ucichły — cała hołota wybyła na oddalone o kilkadziesiąt kilometrów lodowisko. Christian odetchnął z niewymowną ulgą, słysząc miękkie, fortepianowe pasaże dobiegające z sali balowej. Alexander nie pojechał ze stadem. Został. Dla niego?

Tym razem króliczek przyszedł przygotowany.

— Christian, biotechnologia. I przyniosłem ci kolację. Te wczorajsze kanapki wyglądały obiektywnie paskudnie — oznajmił na wejściu, z udawaną nonszalancją stawiając talerz na małym stoliku obok kanapy.

Ubrany w cienkie dresowe spodnie i grube, puszyste skarpety, usiadł obok tygrysa. Chora kostka, zawinięta podwójnie dla ochrony przed chłodem, spoczęła na pufie. Zdrową nogę wyciągnął równie wygodnie i z premedytacją przysunął się bliżej. Gorące, muskularne ramię alfy niemal odruchowo owinęło się wokół jego talii. Było w tym geście coś absurdalnie naturalnego.

Króliczek skubnął ze smakiem przemyconego placka z jabłkami, ignorując rozbawione, morskie spojrzenie kocura, które wyłapał kątem oka.

— Dzięki, że mnie wczoraj odniosłeś... Nie wiedziałem, że mam tak słabą głowę, huh. I że to wino jest takie mocne — sapnął, nerwowo mnąc w palcach brzeg bluzki. — Nie moja wina. Mam nadzieję, że nikt nas nie widział.

— Naprawdę kwestionujesz moje umiejętności kulinarne? — Alexander zaśmiał się głęboko, wsuwając nos w puszyste, pachnące drogim hotelem i naturalnymi kosmetykami włosy omegi. Pociągnął go pieszczotliwie za klapnięte uszko. — I nie ma za co. Masz szczęście, że to byłem ja, a nie jakaś napalona alfa, która z dziką chęcią by cię wykorzystała.

Chris fuknął, zapobiegawczo unosząc połaskotane ucho, i poruszył noskiem z niezadowoleniem.

— Z inną alfą nigdy nie znalazłbym się w takiej sytuacji... Ale powiesz mi, czemu nie jeździsz ze swoimi? Tracisz całą zabawę. Nawet ja bym chętnie wyszedł na śnieg, gdyby nie to cholerne skręcenie.

Czuł, jak mocny, korzenny zapach tygrysa wnika w jego ubranie, osadza się na skórze. Sandałowiec i nagrzana ziemia. Zapewne zastanowi się dwa razy, zanim umyje dziś włosy.

— Nie przepadam za spędami towarzyskimi. Wystarczy, że w szkole jestem gwiazdą i nawet nie wiem z jakiego powodu — wyjaśnił miękko wilk, ani na moment nie przerywając wciągania zapachu chłopaka. — Jak już ta królicza łapka ci się zrośnie, wyjdziemy razem. Albo... mogę przyjść do ciebie. Spałeś kiedyś z alfą?

Alexander przesunął kciukiem po piegowatym policzku chłopaka, zmuszając go, by spojrzał mu prosto w wygłodniałe, morskie oczy. Drapieżnik nie zamierzał dłużej udawać, że obecność tego drobnego ciałka go nie podnieca.


— Nie wiem, czemu się na to zgodziłem — sapnął króliczek godzinę później, wpuszczając wielkiego samca do swojego hotelowego pokoju.

Alexander górował nad nim. Miał na sobie czarne spodnie dresowe, skarpetki w turkusowe krokodyle i bezrękawnik, który bezwstydnie eksponował misternie wytatuowane, potężne ramiona fizjoterapeuty. Christian, onieśmielony tym widokiem, zamknął drzwi na klucz, po czym podkuśtykał do łóżka.

Odrzucił dresowe spodnie, zostając jedynie w bawełnianych bokserkach i obszernej koszulce, która kończyła się tuż pod linią jego niezwykle kuszących, krągłych pośladków. Z jaskrawym rumieńcem wcisnął się pod kołdrę, stawiając laptopa na udach.

— Um... Możemy obejrzeć film. Mam ciastka — zaproponował piskliwie, widząc, jak w oczach siadającego obok tygrysa zapala się niebezpieczny, samczy błysk.

— Odważny jesteś — stwierdził Alexander.

Bez cienia zażenowania zdjął koszulkę, prezentując tors, na którym atramentowe wzory płynnie podkreślały każdy wypracowany mięsień. Z czystej grzeczności i chęci zapewnienia sobie wygody wsunął się pod kołdrę niemal nagi. Przewiesił ciężkie ramię przez brzuch chłopaka, zagarniając go do siebie, a smukłą nóżkę omegi ułożył na swoim udzie, masując ją powoli, uspokajająco.

Oglądali film. A przynajmniej ekran emitował kolory, bo żaden z nich nie rejestrował fabuły. Christian dusił się we własnym pożądaniu. Temperatura pod kołdrą stała się nie do zniesienia. Niewinny dotyk gorącej, dużej dłoni na jego udzie skutecznie pozbawiał go kontroli nad biologią. Gdy tylko popłynęły napisy końcowe, mała omega wyplątała się z pościeli z cichym sapnięciem.

Chris podreptał do uchylonego okna. Upił łyk soku jabłkowego prosto z kartonu, łapczywie chwytając mroźne powietrze, które choć na chwilę przegoniło gęsty aromat alfy.

— Teraz spać, huh? — rzucił na płytkim wydechu, naciągając koszulkę najniżej jak się dało. Obejrzał się przez ramię na rozciągniętego na poduszkach mężczyznę. — Może... to nie jest dobry pomysł, żebyś tu zostawał na noc, co?

Bał się. Nie braku powściągliwości tygrysa. Bał się własnej, zdradzieckiej, wyposzczonej natury.

— Chodź, przytulę cię i podrapię za uchem — zamruczał nisko Alexander, wyciągając do niego wielkie ramiona. Uśmiechał się łagodnie, choć w kroczu pulsowała mu bolesna, wilgotna sztywność. — Obiecuję, że będę grzeczny, maluszku.

Króliczek nerwowo przeczesał palcami miody włosy. Ostatecznie, skapitulował. Zgasił lampkę, pozostawiając tylko chłodną poświatę śniegu wpadającą przez okno, i wsunął się z powrotem pod kołdrę. Ich ciała natychmiast się odnalazły. Drobne dłonie Christiana spoczęły na potężnej piersi tygrysa. Noski niemal się zetknęły, a oddechy skrzyżowały.

— Umm... — zaniepokoił się Chris, gdy ciężkie, muskularne udo alfy przerzuciło się przez jego własne, przygważdżając go do materaca. Alexander zaczął drapać go za miękkim, sterczącym uszkiem.

— Dobrze? — szepnął tygrys, leniwie przesuwając dłonią w dół zgrabnego uda omegi, by na ułamek sekundy bezczelnie zahaczyć o krągły pośladek. Nie czekając na odpowiedź, zderzył swoje wargi z ustami chłopaka. Zaborczo zagłębił palce w jego włosach, uniemożliwiając ucieczkę. Skubał go, całował, spijał jęki.

Oczy Christiana, zaszklone i mętne z podniecenia, uchyliły się szeroko. Różowy język oblizał opuchnięte usta. Przerażony własną uległością, podjął desperacką próbę ratowania resztek godności. Odsunął się, odwracając tyłem. Naiwnie i głupio wcisnął jednak swoje jędrne, idealnie okrągłe pośladki prosto w krocze mężczyzny. Zamknął oczy, modląc się o sen, co było absurdem, zważywszy na pulsujący na jego krzyżu, twardy jak skała dowód pożądania alfy.

— Usilnie wmawiam sobie, że to tylko pieszczoty — westchnął z ciężkim pomrukiem Alexander, oplatając go ciasno ramionami. — To nic złego, co czujemy, prawda?

Zatopił zęby w pachnącej szyi chłopaka, ocierając się lubieżnie, instynktownie o jego zgrabny tyłek.

Mała omega przełknęła ślinę. Skoro obaj czuli to samo, po co walczyć? Christian odszukał po omacku dłoń tygrysa spoczywającą na jego biodrze i splótł z nią swoje palce.

— Właściwie, to mieliśmy już trzy randki — wyszeptał w mrok pokoju. — A skoro... chciałbyś spotykać się ze mną później w szkole, to mógłbyś zostać, hum, moim chłopakiem? Chciałbyś? I... wtedy nie byłoby niczym złym, gdybyś... odebrał mi dziewictwo.

Usłyszał ryk zadowolenia wibrujący w piersi drapieżnika. Gruby, ciężki tygrysi ogon oplótł jego łydki.

— Chcę być twoim chłopakiem — zamruczał Alexander, przesuwając ich splecione dłonie niżej, wprost na nabrzmiałego pod cienką bawełną penisa omegi. — Nie chcę cię na jeden raz. Ale chcę to zrobić powoli. Chcę cię poznać.

Palce alfy zaczęły delikatnie, z szacunkiem ugniatać wilgotną męskość przez materiał. To było jak tortura. Słodka, niszcząca tortura. Króliczek wiercił się w jego objęciach, aż wreszcie przekręcił się na plecy. Rozsunął nieco swoje mięsiste, blade uda, zapraszająco wyginając biodra.

— Ja chyba też chcę cię po prostu... dotknąć — szepnął, wciągając powietrze z sykiem.

— Nie powstrzymuj się. Zrobię wszystko, czego zapragniesz — szepnął tygrys wprost w jego usta, by zaraz zsunąć koszulkę z ramion chłopaka. — Rozbierzesz się? Całkiem?

Drobne dłonie Christiana drżały, ale zahaczyły o krawędź bokserek. Zsuwał je powoli, niesamowicie kusząco, odsłaniając podbrzusze, miękki meszek, zarumienioną z podniecenia skórę i nabrzmiałą, ociekającą preejakulatem męskość. Skopał bieliznę z kostek. Był nagi. Całkowicie oddany.

Alexander jęknął głucho. Półnagi opadł na drobne ciało, narzucając na nich ciężką kołdrę, która odcięła ich od świata. W głuchej ciemności złączył ich usta w brutalnie zachłannym pocałunku.

Króliczek dusił się z podniecenia. Palce wplótł w białe, tygrysie kosmyki. Biodra same unosiły się w niemym błaganiu. Sięgnął w dół, po omacku znajdując krawędź dresów mężczyzny. Ściągnął je bezlitośnie w dół, uwalniając potężną bryłę mięsa. Dwa rozpalone, pulsujące organy zderzyły się na gładkim podbrzuszu omegi.

Wystarczył ten jeden kontakt. Tarcie gorącej skóry o skórę.

Christian zacisnął powieki. Długie, drapieżne kły alfy drasnęły lekko jego ramię w przypływie pierwotnego instynktu, a ciało omegi — nieprzyzwyczajone do takiej potęgi doznań, odurzone feromonami — eksplodowało.

— Nnh! To... okrutne... — zamiauczał nieskładnie. Wygiął się w łuk i z konwulsyjnym dreszczem doszedł, rozlewając gorące, lepkie nasienie po ich złączonych brzuchach. Stracił kontakt z rzeczywistością, drętwiejąc w pościeli, upojony ziemistym zapachem samca i własną, słodką wonią zaspokojenia.

Zaraz potem poczuł na sobie drżący ciężar. Alexander, prowokowany zapachem szczytującej omegi, sam nie wytrzymał tego obezwładniającego napięcia. Niespodziewanie i brutalnie zalał pościel własnym orgazmem, trzęsąc się nad klatką piersiową chłopaka.

— To było... intensywne — wydyszał tygrys, całkowicie skołowany. Splamił jego brzuch, nawet nie wchodząc do środka. Zsunął się nieco niżej, drażniąc opuszkami różowy sutek chłopaka w mroku. — Muszę pod prysznic. Chyba że chcesz... żebym cię jednak wziął. Bo jak nie, to muszę się schłodzić. Wciąż mi mało.

Króliczek, ledwie przytomny, drżący z przemęczenia i nowo odkrytego lęku przed potężną fizycznością samca, nieśmiało pokręcił głową. Jeszcze nie dzisiaj. Jeszcze nie był na to gotowy.

wtorek, 17 marca 2026

Rozdział 2: Gra w Otwarte Karty

— Znam cię. To ty jesteś tym dzieciakiem, który załatwił się na cały wyjazd, prawda? — mruknął Alexander. Jego głos był niski, wibrujący w klatce piersiowej niby ostrzeżenie.

Tygrys wstał od instrumentu, a jego potężna, zarysowana twardymi mięśniami sylwetka zdominowała przestrzeń. Zbliżał się powoli. Z każdym krokiem chłonął ten obezwładniający, słodki zapach. Nie mógł uwierzyć, że nozdrzy nie drażniła mu najmniejsza nawet nuta innego samca. Ten króliczek był tak jawną, nietkniętą dziewicą, że musiał albo desperacko odpychać innych, albo skrywać mroczne tajemnice, pożerając swoich kochanków. Alexander jednak nie czuł strachu. Czuł głód.

Podszedł do uosobienia tej piegowatej niewinności, bezczelnie kładąc ciężkie, gorące dłonie tuż obok kształtnych bioder chłopaka, opierając je o poręcz fotela i zamykając go w klatce ze swoich ramion.

— Nie boisz się? — zapytał, mrużąc morskie oczy, w których tańczyły odbicia kominkowych płomieni. — Podglądać i słuchać, jak dorosła, w pełni sił alfa gra? Jak rozpala się muzyką, by stłumić inne, o wiele bardziej pierwotne emocje?

Wzrok tygrysa leniwie zjechał z uroczych, umazanych pudrem ust na biodra. Kciuki samca drgnęły, powoli, z rozmysłem gładząc materiał spodenek. Zastanawiał się, jak, u licha, to zjawisko umknęło jego uwadze na uczelnianych korytarzach.

— Dokładnie... Ten sam — westchnął króliczek. Zmuszony był niepokojąco wysoko zadrzeć głowę, by w ogóle spojrzeć w oczy drapieżnika.

Naturalny, wrodzony lęk maskował twardym wyrazem ślicznej twarzy. Odchylił się delikatnie w tył, ale zrobił to w tak naiwnie kuszący sposób, że tylko podniósł temperaturę w pomieszczeniu. Co więcej, zamiast się skulić, wpuścił okryte luźnym materiałem biodra samca dokładnie między swoje rozchylone, ciepłe uda. Krótkie szorty podsunęły się jeszcze wyżej, a miękkie, oklapnięte uszka uniosły się czujnie.

— I dlaczego miałbym się bać? Jesteś skłonny zrobić coś wbrew mojej woli? Wykorzystać króliczka? — fuknął Christian. — Już przeprosiłem, że przeszkadzam. W końcu grasz w ogólnodostępnym miejscu. To, że tamta hołota woli tarzać się w śniegu, to ich strata.

Mimo zuchwałych słów, jego puchaty ogonek napuszył się mimowolnie. Ostry, ziemisty zapach drzewa sandałowego i rozgrzanej, wilgotnej kory odurzał go. Alfa nie pachniała gorzkim, tępym testosteronem, ale właśnie w ten pierwotny, wdzierający się prosto do krwiobiegu sposób.

— Jakim cudem... nikt cię jeszcze nie wziął? — Alexander zmienił temat z brutalną wręcz szczerością.

Nie potrafił się powstrzymać. Ta omega kusiła zbyt mocno. Pełne wargi, jędrne pośladki, drobne ciało, które miało się ochotę po prostu pieprzyć, aż do całkowitego zapomnienia. Na samą myśl o tym poczuł, jak krew uderza mu do krocza. Christian z pewnością to odnotował, bo tygrys gwałtownym, zaborczym ruchem przyciągnął jego biodra do swoich, pozwalając mu poczuć twardniejący dowód swojej ekscytacji. Jedna z wielkich dłoni zsunęła się niżej, wymownie i ciężko gładząc puszysty ogonek przez materiał.

— Nie jestem w stanie zrobić nic wbrew twej woli — zamruczał tygrys, chociaż jego dłonie pozwalały sobie już na zdecydowanie za dużo. — Ale jestem w stanie zrobić bardzo wiele za twoim przyzwoleniem.

Szatyn przygryzł wargę. Śliczna twarz oblała się głębokim, nieuchronnym rumieńcem. Znalazł się o wiele bliżej, niż zakładał. Znacznie za blisko.

— Um, bo... się nie dałem? — sapnął, wyraźnie zdekoncentrowany ciepłem bijącym od nagiej piersi i spływających po niej tatuaży. — Poza tym, nie chciałem dać się przelecieć jakiemuś idiocie, który założył się z kumplami. Tyle opowieści już krąży o tym, z kim i jak się rzekomo puściłem, że nawet nie musiałem tego robić i...

Urwał własny, bezcelowy monolog miękkim jękiem. Gorąca męskość tygrysa zapulsowała ciężko o jego własne krocze, wprawiając jego biologię w drżenie. Piekąca fala podniecenia uderzyła do głowy.

— Możesz mi pomóc wyjść ze spodenek, jeśli chcesz... — szepnął Christian, poddając się wreszcie obcemu, uderzającemu poczuciu, że to właśnie ten moment. Teraz albo nigdy.

Alexander roześmiał się miękko. Nie było w tym śmiechu złośliwości. To niespodziewane przyzwolenie napełniło go dziwnym, nieznanym poczuciem dumy. Ten mały, pyszkaty króliczek właśnie oddawał mu swój najpilniej strzeżony skarb.

— A potem o mnie zapomnisz i będę tylko wyjazdową atrakcją? — zapytał mrukliwie wilk.

Zwykła alfa rzuciłaby się na niego, rozrywając materiał na strzępy. Alexander jednak wahał się, stawiając opór wrodzonym instynktom. Ujął rumiany policzek chłopaka, przesuwając kciukiem po jego pełnych wargach. Pocałował go lekko, czule, zlizując z jego ust drobiny cukru pudru.

— Nie chcę być tylko atrakcją, inaczej przeleciałbym wszystkie te chętne omegi, które za mną latają. Może pójdziesz ze mną najpierw na randkę? Na dobry deser, kiedy minie śnieżyca... Albo chociaż posiedzimy na kanapie? — zaproponował, choć jego ciepła dłoń nie potrafiła opuścić okolic językowego ogonka, wsuwając się niebezpiecznie blisko jędrnych pośladków. Chciał go tu i teraz, ale moralność i pragnienie czegoś więcej kłóciły się z biologią.

Christian zamarł.

— Teraz...? — sapnął, a w jego głosie zabrzmiał autentyczny zawód.

Przecież właśnie zaoferował mu siebie! Właśnie złożył broń, odrzucił swoją dumę, a ten wielki drapieżnik mu... odmawiał? W pięknych oczach króliczka wezbrały gorące łzy złości i palącego zażenowania. Dlaczego zawsze musiał wyjść na idiotę?

— To zabierz rękę! — fuknął, ostro zsuwając zgrabne uda, by odciąć tygrysowi dostęp. Otulił się ramionami, spuszczając głowę. — Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego. Też się pewnie z kimś założyłeś, co? Że mały, głupi królik da się przelecieć na jedno twoje słowo, huh?!

Siąknął wściekle, uświadamiając sobie, że przez kontuzjowaną kostkę nie zdoła nawet dramatycznie wybiec z sali. Będzie musiał żałośnie kuśtykać pod kpiącym spojrzeniem alfy.

— Co? — Alexander zamarł w bezruchu, kompletnie zbity z tropu. Wyciągnął dłoń. — Chciałem być normalnym facetem. Nie chciałem cię po prostu wykorzystać na jednym numerku, ale widać, że ty tylko tego chcesz.

Tygrys odwrócił się i ciężkim krokiem ruszył w stronę skórzanej kanapy. Czuł dziwne ukłucie w klatce piersiowej. Właśnie dlatego trzymał się z dala od omeg — wszystkie pragnęły jedynie brutalnej siły i zwierzęcego seksu, a nie prawdziwego partnera. Bez przekonania rzucił się na siedzisko i otworzył butelkę ciemnego alkoholu.

Chris przetarł oczy. Jego miękkie uszy znów wystrzeliły w górę. Spojrzał na szerokie plecy tygrysa, powoli analizując to, co właśnie usłyszał.

— Ty tak... poważnie? — wydukał, a jego głos drżał. — To znaczy... naprawdę chciałeś ze mną wyjść? Tak po prostu? I tyle?

Zsunął się ostrożnie z podłokietnika, kicając powoli w stronę kominka. Przysiadł na skraju kanapy, poprawiając kosmyk włosów, by ukryć zażenowanie. Zerknął na tygrysa z rodzącą się nadzieją.

— Przepraszam... — szepnął, wbijając wzrok w swoje kolana. — Po prostu... wszystkie alfy, które poznałem, chciały tylko tego. Zaliczyć i, no wiesz, zostać zapomnianym.

— Nie jestem taką alfą — odparł szczerze Alexander, w końcu posyłając mu miękki uśmiech. Nalał wina i podał króliczkowi kryształową szklaneczkę. — Nawet jeśli bym cię wziął — na co, nie zaprzeczam, mam olbrzymią ochotę — to wolałbym, żeby to się na tym nie skończyło.

Wielki kocur przeciągnął się i ułożył wygodnie, z całkowitą pewnością siebie mojąc głowę na smukłych udach Christiana. Zabrał drobną dłoń omegi i sam ułożył ją na swoich białych włosach. Odetchnął głęboko, jak łaknąca pieszczot kicia, wtulając nos w krągłe biodra.

— I to wcale nie znaczy, że jestem emocjonalnie miękki. Bo pieprzyć też potrafię — zamruczał, z uśmiechem wibrującym o materiał szortów.

— Huh, wierzę — sapnął króliczek. Wyobraźnia natychmiast podsunęła mu nad wyraz zbereźne, wilgotne obrazy. Upił łyk wina, czując, jak mocny, czerwony alkohol uderza mu do głowy, potęgując urok chwili. — To... żadna omega nie chciała tego romantycznego związku?

Jego palce, początkowo nieśmiałe, zaczęły badać puszystość białych kosmyków i z fascynacją pieścić miękkie, tygrysie ucho.

— One tylko tak mówią. Obmawiają alfy, a same nie są lepsze — zaśmiał się Alexander, przymykając oczy pod wpływem kojącego dotyku. — Poza tym, mój drogi, ty też byś chciał, przyznaj się.

Jego duża dłoń wsunęła się nagle pod bluzę króliczka, bezczelnie drażniąc przez materiał wrażliwy sutek. W morskich oczach zapłonęły zadziorne iskry.

— Nie mówię o szybkim numerku. Mówię o seksie ze mną w najbardziej wyuzdanym wydaniu — dodał powoli, podnosząc się do siadu. Wsadził nos pod brodę omegi, zaciągając się jej słodyczą.

— Chciałbym... oczywiście, że bym chciał — burknął z rozkoszą Chris. Złapał dłoń samca, która wciąż spoczywała na jego piersi, ale wcale jej nie odepchnął. Zamiast tego zsunął ją na swój brzuch, gdzie ciepło drapieżnika wyjątkowo mu odpowiadało. — Tylko zawsze wolałem, żeby to znaczyło cokolwiek w moim życiu. Żeby nie było utratą dziewictwa dla głupiej zasady.

Z każdym łykiem wina stawał się coraz odważniejszy. Odstawił pustą szklankę i opuszkami palców dotknął półnagiego torsu tygrysa. Wodził po liniach atramentu, badał napięte mięśnie, aż wreszcie zjechał w dół, na miękką linię włosków znikających pod pasem dresowych spodni. Złapał za krawędź materiału.

— Mogę... zobaczyć? — szepnął, przygryzając wargę, z której nie schodził podekscytowany uśmiech.

— Rozumiem, że jak już będziesz moim chłopakiem, to w grę wchodzą wszelkie romantyczne rzeczy? Świece, satynowa pościel i relaksacyjna muzyka, którą zagłuszysz swoimi jękami? — zapytał zmysłowo Alexander.

Zamiast powstrzymać śmiałą dłoń, nakrył ją własną i wsunął prosto w swoje spodnie, wpychając palce króliczka pod elastyczny brzeg bielizny. Nie miał nic do ukrycia. Drobna, uroczo nieporadna dłoń zacisnęła się na potężnej bryle twardniejącego penisa, który wyraźnie nie mieścił się w jej uścisku.

— Doprawdy, nie krępuj się w żaden sposób. Ale obiecaj, że to zostanie między nami, hm? Chcę cię mieć tylko dla siebie — wymruczał tygrys, uważnie obserwując przerażoną, a jednocześnie sfrustrowaną pożądaniem twarz omegi.

— Chcesz, żebym został twoim chłopakiem? — zdołał wykrztusić króliczek, ignorując całą resztę.

Rozmowa o statusie ich relacji w momencie, gdy trzymał w garści jego ciężki atrybut, była absolutnie surrealistyczna. Ośmielony jednak słowami samca i winem, sięgnął drugą ręką i odchylił bieliznę. Zatchnął się. Wilgotna, lekko różowa żołądź wyłaniała się z miękkiej fałdy napletka, odsłaniając jedwabiście gładki, bezlitośnie gruby trzon. Skala tego... zjawiska, przerosła jego najśmielsze oczekiwania.

Puścił go nagle, jak poparzony, z piskiem obejmując się własnymi ramionami.

— Po pierwsze, to nawet się jeszcze nie przedstawiłeś! — fuknął, w desperackiej próbie odzyskania rezonu. — A po drugie... ja nie wiem, czy to jest w ogóle bezpieczne. Za mały chyba bym był.

Uznając to za bardzo racjonalny, ratujący godność argument, pospiesznie dolał im obu wina.

— Po pierwsze, trochę późno zadajesz to pytanie, skoro mnie już zmacałeś — odparł z leniwym śmiechem Alexander, nie zważając na to, że chłopak wcisnął mu w dłoń kieliszek. — Mam na imię Alexander. Kończę fizjoterapię. A po drugie... teraz mu niebywale przykro, że go opuściłeś.

Pociągnął mocny łyk, nie odrywając drapieżnego wzroku od piegowatej twarzy.

— Zmieści się. Zaufaj mi. Jeśli będzie ci dobrze, odpowiednio cię rozciągnę i zwilżę. Podniecę cię tak bardzo, że twoje ciało samo będzie błagać, bym je wziął i okiełznał.

Króliczek zalał się purpurą.

— Christian... biotechnologia — mruknął cicho, przełykając głośno ślinę.

poniedziałek, 16 marca 2026

Rozdział 1: Śnieg, Gips i Dźwięki Fortepianu

 

Ciepłe, zaskakująco szorstkie dłonie lekarza – starszego alfy o posturze niedźwiedzia – powoli zsunęły się ze smukłej łydki Christiana. Mężczyzna ściągnął umazane gipsem rękawiczki, z ciężkim westchnieniem opadając na stołek obok kozetki. W powietrzu unosił się sterylny, drażniący nozdrza zapach środków odkażających, który skutecznie tłumił naturalne feromony w niewielkim gabinecie.

– Niestety. Przykro mi, że to już na początku wyjazdu – mruknął lekarz, posyłając zrezygnowanemu studentowi przepraszające spojrzenie. Wielka dłoń opadła na drobne ramię chłopaka, poklepując je pocieszająco. – Ktoś fatalnie dopasował panu buty do tych szczuplutkich kostek. Za dwa dni przyjdzie orteza, ale do tego czasu poleży pan z gipsem. Wynajęliście pokoje w hotelu na stoku, prawda? Ah, tam jest pięknie. Koledzy przyniosą jedzenie do łóżka, a jak będzie orteza, to i na basen, i do jacuzzi można wejść. Narty... narty za rok.

Christian nie miał siły nawet prychnąć. Kiedy drzwi gabinetu uchyliły się, wpuszczając do środka ratownika i Irisa, jego oklapnięte, królicze uszy drgnęły żałośnie. Złote plany na ten wyjazd właśnie kruszyły się szybciej niż schnący na jego nodze gips.

– Aw, Chris, nie płacz! – Iris, w przeciwieństwie do swojego zdołowanego przyjaciela, tryskał nieprzyzwoicie dobrym humorem. Młody kocur pomógł mu zsunąć się na wózek inwalidzki, chichocząc cicho. – To tylko skręcenie. Zanim się obejrzysz, będziesz znowu z nami szalał na parkiecie. A teraz sobie odpoczniesz, przybierzesz trochę ciałka... O! A nie, same kości.

Kiedy wrócili do hotelu, luksusowy, skąpany w drewnie i kamieniu ośrodek świecił pustkami. Większość uczelnianej elity szusowała właśnie po ośnieżonych stokach. Wyjazd przed rozdaniem dyplomów miał być czasem wolności, pokazania się, może nawet znalezienia kogoś... starszego. Kogoś wysportowanego, doświadczonego, kto z odpowiednią klasą pozbawiłby małą omegę tego uciążliwego dziewictwa, które Christian chronił z chorobliwą wręcz dumą.

Zamiast tego, odniesiony z całą pompą do pokoju, obdarowany stertą czekoladek i pilotem do telewizora, został zupełnie sam.

Opadł na miękkie poduszki z bezradnym, chłopięcym sapnięciem. Ubrany w krótkie, czarne szorty, które odsłaniały jego fenomenalnie długie nogi, i pastelowo niebieską koszulkę – perfidnie krótko ściętą, tak by uwydatniać srebrny kolczyk w płaskim brzuchu – wyglądał jak definicja zmarnowanego potencjału. Miał błyszczeć. Miał kusić. Tymczasem jedyną perspektywą na najbliższe kilkanaście dni było bezczynne obrastanie w tłuszcz pod grubą kołdrą.


Hotel dzielił się na dwa światy. Z jednej strony panoszyła się studencka elita – przyszli naukowcy, z którymi przyjechała profesura, dająca im jasny przekaz: zero wtrącania się, dopóki zachowują się jak ludzie, a nie stado pijanych pawianów. Po drugiej stronie budynku stacjonowała jednak zupełnie inna grupa. Przypominali raczej zorganizowany gang niż scholastyczną śmietankę. Tamtejsze omegi nie miały w sobie nic z płochliwych ofiar, a alfy dalekie były od wizerunku potulnych misiów.

Wśród nich, jak niemy bóg, brylował Alexander.

Był rosły – choć bez przesadnej, karykaturalnej masy – perfekcyjnie wyrzeźbiony i irytująco milczący. Gdy już otwierał usta, całe to rozwrzeszczane towarzystwo milkło. Reprezentował wymierający gatunek białego tygrysa, ale to nie rzadkość genów budziła szacunek. To aura absolutnego opanowania. Nie było w szkole omegi, która nie traciłaby tchu na widok jego wytatuowanego ciała, morskich, mętnych oczu i przydługich, białych kosmyków opadających zawadiacko na czoło.

Tyle że nikt nie wiedział, dlaczego król kampusu wciąż pozostawał sam. Nikt nie wiedział, że dla tego uosobienia samczej dominacji nie liczyły się imprezy ani tani poklask. Kiedy inni upijali się w barach, Alexander znikał. Wymykał się nocami do opustoszałych sal balowych, siadał przy fortepianie i grał. Odziany w zwykłe spodnie od piżamy i kolorowe skarpetki – dziwactwo, którego nikt by nie zrozumiał – zatracał się w muzyce, kojąc wibrujące pod skórą drapieżne instynkty niskim, wibrującym mruczeniem.


Pierwsze trzy dni izolacji Christiana minęły zaskakująco znośnie. Czasem wpadały inne omegi, by pomalować mu gips we wzorki, a wykładowcy z oddali obserwowali z pełnym podziwem, jak to niepozorne maleństwo samo potrafi z zimną krwią wbić sobie w brzuch igłę z zastrzykiem przeciwzakrzepowym.

A jednak, gdy tylko czwartego dnia odzyskał wolność – gips zamieniono na lekką, wiązaną ortezę – poczuł duszność hotelowego pokoju. Znów został sam. Snuł się szerokimi korytarzami, a miękki dywan tłumił jego kroki. Rozmyślał o tych wszystkich szczeniackich alfach, które traktowały go jak zabawkę. Byli żałośni. Ich jedynym osiągnięciem były tanie żarty o króliczym libido i wulgarne spojrzenia rzucane na jego okrągły tyłek. Christian nie pozostawał dłużny – pyskował tak ostro, że ostatecznie trzymał się wyłącznie z wolnymi omegami.

Dreptając bez celu, nagle strzygł długim, miękkim uchem. Od trzech dni, zawsze gdy zapadała cisza, słyszał ten sam dźwięk. Ktoś grał. Fortepianowe pasaże płynęły przez wentylację, głębokie, melancholijne, przerywane cichym pomrukiem.

Szatyn w za dużej, zdecydowanie męskiej bluzie i przykrótkich, różowych szortach zestawionych z wełnianymi podkolanówkami, wyglądał teraz do bólu króliczo. Poruszał się jednak absolutnie bezszelestnie. Ominął kilka zakrętów, aż stanął przed majestatycznymi, dębowymi drzwiami sali bankietowej. Jedno skrzydło było delikatnie uchylone.

Zza szpary widział go już od dwóch wieczorów. Obserwował jego schemat, uczył się jego rutyny. Podziwiał półnagiego grajka, lunatykującego w piżamie i idiotycznych skarpetkach, które tak drastycznie kłóciły się z brutalną rzeźbą jego wytatuowanych pleców.

Tego wieczoru za oknami szalała śnieżyca, a mróz malował wzory na szybach. Sala balowa tonęła w głębokim półmroku, rozświetlana jedynie leniwie trzaskającym ogniem w kominku przy strefie VIP. Alexander nie otworzył dziś okna. Mroźne powietrze nie rozbiło zapachów.

Biały tygrys miał słuch doskonały, absolutny wręcz, ale dopóki nikt nie wchodził mu w paradę, ignorował intruzów. Tego wieczoru jednak muzyka nagle zaczęła zmieniać ton. Alexander wciągał powietrze powoli, głęboko, czując, jak jego mięśnie mimowolnie się napinają. Zapach uderzył w niego z pełną siłą. Wcześniej był stłumiony szpitalną chemią, maściami i żelem odkażającym. Teraz uderzał czystą, niczym nieskażoną biologią.

Pachniał przeraźliwie słodko. Pączkiem z pudrem, ciepłym mlekiem i tą specyficzną, niewinną nutą omegi, która nigdy jeszcze nie zaznała alfy. Zapach był tak gęsty, że dłonie tygrysa na klawiaturze aż zadrżały z instynktownej ekscytacji.

Alexander przestał grać. Cisza, która zapadła w ogromnej sali, była ciężka jak ołów. Mężczyzna nie odwrócił głowy, ale jego głos – niski, nasycony wibrującym mruczeniem – przeciął powietrze.

– Możesz podejść bliżej, jeśli chcesz.

Christian wciągnął głośno powietrze. Serce uderzyło mu o żebra, a pierwszy instynkt nakazywał ucieczkę. Zamiast tego, jego drobna dłoń pchnęła ciężkie skrzydło drzwi. Powoli wszedł w ciepły krąg światła rzucanego przez kominek.

Biały tygrys siedział zrelaksowany, ukazując pełnię swojej drapieżnej fizjonomii. Christian strzepnął puchatą kitką. Miodowe loki opadały na jego piegowatą, zaczerwienioną twarz, a wielkie, bursztynowe oczy wpatrywały się w starszego samca. Przełknął pospiesznie ostatni kęs pączka, którym raczył się na kolację, i podkuśtykał bliżej, ostrożnie przysiadając na poręczy jednego z potężnych foteli. Chora noga w ortezie zwisła swobodnie w powietrzu.

– Wybacz, że ci przeszkodziłem – mruknął cicho królik, usilnie próbując opanować drżenie głosu. Zapach tygrysa – ostra, świdrująca kora drzewa sandałowego zmieszana z rozgrzaną, wilgotną ziemią – uderzał prosto do głowy, otumaniając zmysły. – Nie mogłem się powstrzymać, kiedy usłyszałem, jak grasz...


Witajcie w „Kronikach Instynktu”

Usiądźcie wygodnie i weźcie głęboki oddech, bo w świecie, który właśnie dla Was otwieram, zapach jest najszczerszym językiem, a pierwotny instynkt zawsze wygrywa z kruchą maską cywilizacji. „Kroniki Instynktu” to wielowątkowa, nasycona emocjami i zmysłowością saga, która splata losy Alf i Omeg w skomplikowane, geometryczne wzory. Będziemy wędrować przez ośnieżone, dumne królestwa północy, gdzie dynastyczne obowiązki walczą z głosem serca, mroczne, tętniące życiem miejskie studia tatuażu, aż po ciche, leśne azyle, gdzie złamane dusze szukają ukojenia, a ich dzieci po latach stawiają czoła dziedzictwu namiętności. To opowieść o potężnych samcach, które uczą się czułości, i kruchych Omegach, które w uległości odnajdują niezwykłą siłę. Przygotujcie się na literacką podróż bez cenzury, w której zmysłowość miesza się z surowym realizmem, a ciężar ciała, zapach strachu i smak pocałunku poczujecie każdym zmysłem.

Zapraszam Was do wejścia w ten świat – pierwszy rozdział już wkrótce pojawi się na blogu.

Rozdział 3: Satynowa Pościel i Słodkie Oszustwo

Następnego wieczoru echa studenckich śmiechów znów ucichły — cała hołota wybyła na oddalone o kilkadziesiąt kilometrów lodowisko. Christian ...